
Afera bezwizowa
Po „aferze wizowej” z czasów PiS wielu liczyło na proste domknięcie rozdziału: koniec nietransparentnych priorytetów, koniec „szybkich ścieżek” dla wybranych, koniec patologii wokół dostępu do procedury. Tymczasem – z perspektywy praktyki wizowej i realnych doświadczeń cudzoziemców oraz pracodawców – mamy raczej do czynienia z nową odsłoną starego problemu.

Nazwijmy to wprost: „afera bezwizowa” to nie spektakularny jednorazowy skandal, tylko systemowo utrzymywany model, w którym legalna droga istnieje w przepisach, ale w praktyce bywa nieprzewidywalna, kosztowna i podatna na nadużycia, a państwo reaguje zbyt wolno lub zbyt miękko. Najwyższa Izba Kontroli opisywała wprost brak właściwego nadzoru Ministerstwa Spraw Zagranicznych nad działalnością konsularną oraz mechanizmy, które miały wpływać na kolejność i sposób procedowania spraw wizowych – co z natury jest korupcjogenne i podważa zaufanie do całej architektury. Równolegle toczyły się postępowania i publikacje dotyczące afery wizowej. To jest tło, bez którego nie da się uczciwie rozmawiać o tym, co dzieje się dziś.
Pierwszy „twardy test” jakości systemu to sąd – tam, gdzie kontrola sądowa w ogóle działa. W sprawach odmowy wydania wizy Schengen (czyli wiz krótkoterminowych) cudzoziemiec ma realny bezpiecznik w postaci sądowej kontroli. I właśnie w tym segmencie widać coś, co trudno uznać za przypadek: w ostatnim miesiącu na e-wokandzie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie w trzech kolejnych sprawach dotyczących „odmowy wydania wizy Schengen” konsulowie przegrali wszystkie postępowania – trzy rozpoznania, trzy uchylenia decyzji, trzy zasądzenia kosztów. W języku sportu: szybkie 0:3. Oczywiście uchylenie decyzji nie oznacza automatycznego wydania wizy, ale oznacza rzecz fundamentalną: decyzje konsularne nie wytrzymują elementarnego standardu legalności i rzetelności, skoro sąd w krótkim czasie trzykrotnie je eliminuje z obrotu.
Na tym tle szczególnie cynicznie wygląda druga warstwa problemu: rosną koszty, ale nie rośnie transparentność. Opłata za wizę Schengen wzrosła do 90 euro. Opłata za przyjęcie i rozpatrzenie wniosku o wizę krajową (typ D) została podniesiona do 135 euro, a w nowej taryfie opłat konsularnych komunikowanej przez placówki pojawiają się stawki 200 euro od 2026 r. Sama podwyżka opłaty nie jest jeszcze skandalem; skandalem jest to, że w tym samym czasie wizy krajowe pozostają obszarem o znacznie słabszej kontroli zewnętrznej. W praktyce odmowa wydania wizy krajowej co do zasady nie podlega merytorycznej kontroli sądu administracyjnego w typowym trybie – i nie jest to teza publicystyczna, tylko wniosek potwierdzany w orzecznictwie, gdzie skargi na odmowy wiz krajowych bywają odrzucane jako nienależące do właściwości sądów administracyjnych. Efekt jest prosty: państwo sprzedaje coraz droższy bilet do procedury, ale w segmencie wiz krajowych nie daje realnej, zewnętrznej weryfikacji błędu. To nie jest „brak komfortu”. To jest konstrukcja, która z definicji sprzyja nietransparentności.
Trzecia warstwa „afery bezwizowej” zaczyna się jeszcze wcześniej niż decyzja odmowna: na etapie samego dostępu do terminu. Oficjalnie placówki podkreślają, że nie współpracują z pośrednikami i że korzystanie z ich usług nie prowadzi do preferencyjnego traktowania. W praktyce od lat wraca temat handlu terminami, „skalpowania” miejsc w kolejce i wykorzystywania słabości systemów rezerwacyjnych. Jeżeli państwo musi wprowadzać zabezpieczenia antyautomatyzacyjne i antypośrednicze, to znaczy, że problem nie jest wymysłem internetu, tylko realnym zjawiskiem podważającym równość dostępu do procedury.
W tym kontekście warto przyjrzeć się placówkom, gdzie napięcie wokół dostępu do terminów jest szczególnie widoczne. Przykład Abudży wraca regularnie w relacjach wnioskodawców i w materiałach medialnych; wskazywano m.in. na doniesienia o problemach z aplikowaniem o wizę i działaniem systemu rejestracyjnego w Nigerii. Jednocześnie oficjalne kanały podkreślają, że rejestracja odbywa się w systemie elektronicznym i że należy stawić się punktualnie z kompletem dokumentów, co samo w sobie nie rozwiązuje problemu, jeśli dostęp do „samego terminu” jest w praktyce reglamentowany.
Czwarta warstwa to „priorytety” – czyli miękki odpowiednik dawnych poleceń. Oficjalnie mamy instrument, który dotyczy przede wszystkim rynku pracy: wykaz przedsiębiorców o istotnym znaczeniu dla gospodarki narodowej. W praktyce administracja publiczna komunikuje, że wnioski podmiotów z wykazu są rozpatrywane w pierwszej kolejności. I tu nie chodzi o to, że priorytetyzacja jest zawsze zła – państwo ma prawo zarządzać zasobami – ale o to, że jeśli kryteria i logika wpisu są niewystarczająco przejrzyste, powstaje wrażenie systemu „dla swoich”, tyle że ubranego w język strategii gospodarczej.
Właśnie dlatego wykaz wywołuje dziś tyle emocji: obok dużych podmiotów, których znaczenia dla gospodarki nikt nie kwestionuje, pojawiają się tam wpisy, które – bez dodatkowego wyjaśnienia – trudno obronić w kategoriach „istotnego znaczenia dla gospodarki narodowej”. W przesłanym wykazie znajdują się m.in. działalności gastronomiczne i cateringowe. Jest też wpis „Sikora Iwona – Pub Strych”. Z publicznie dostępnych informacji wynika, że jest to lokal gastronomiczny w Starachowicach z klasycznym profilem pubowo-restauracyjnym. Jeżeli więc państwo chce, by obywatele traktowali wykaz poważnie, musi umieć odpowiedzieć na elementarne pytanie: jaki jest transparentny, weryfikowalny mechanizm, który sprawia, że akurat ten podmiot uzyskuje status „istotnego znaczenia dla gospodarki narodowej”? Bo bez tej odpowiedzi rodzi się wyłącznie ironia. Gospodarka narodowa może oczywiście potrzebować stabilności – ale trudno uznać, że jej strategicznym filarem jest to, czy burger i catering dotrą na czas. To nie jest złośliwość wobec przedsiębiorców; to jest krytyka państwa, które tworzy listę uprzywilejowania bez standardu uzasadnienia zrozumiałego dla opinii publicznej.
Piąta warstwa to sprawa jeszcze poważniejsza – bo dotyka samego prawa do sądu tam, gdzie ono istnieje. W mojej ocenie jednym z najbardziej alarmujących zjawisk są przypadki nieterminowego przekazywania skarg do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego przez placówki konsularne. Zgłaszane są sygnały o takich problemach w sprawach wiązanych z obsługą wizową przez Ambasadę RP w Abudży. Ponieważ procedura sądowoadministracyjna działa w modelu „skargi za pośrednictwem organu”, organ ma obowiązek przekazać skargę do sądu wraz z aktami i odpowiedzią w ustawowym terminie, a za niedochowanie tego obowiązku ustawa przewiduje instrument dyscyplinujący w postaci grzywny. Niezależnie od tego, czy zwłoka jest skutkiem zaniedbania, przeciążenia czy złej organizacji, jej efekt jest zawsze taki sam: realnie ogranicza prawo do sądu i czyni kontrolę legalności iluzoryczną w czasie, gdy sprawa powinna być rozpoznawana. W takim układzie szczególnie źle wygląda brak priorytetowej reakcji nadzorczej Ministerstwa Spraw Zagranicznych na prośby o interwencję i objęcie spraw nadzorem – bo mówimy nie o „jakości obsługi”, tylko o funkcjonowaniu państwa prawa w czystej postaci.
I tu wracamy do kluczowej tezy: po zmianie władzy nie doszło do zmiany systemu, tylko do jego kosmetycznej korekty. Afera wizowa miała nauczyć państwo, że nietransparentne priorytety i miękki nacisk rodzą patologie. Tymczasem dziś widzimy nadal handel dostępem do procedury (terminy), nadal widzimy decyzje, które przegrywają w sądzie tam, gdzie sąd może je skontrolować (Schengen 0:3 w miesiąc), nadal widzimy rosnące opłaty bez wzrostu przejrzystości (wiza krajowa 135 euro, a następnie 200 euro w komunikatach od 2026 r.), i wreszcie nadal widzimy obszary, gdzie kontrola sądowa jest w praktyce niedostępna albo wyjątkowa, co z definicji zwiększa ryzyko arbitralności.
Jeżeli to ma być państwo, które rzeczywiście „zamknęło” aferę wizową, potrzebujemy nie konferencyjnego show i deklaracji o porządkach, tylko trzech konkretów: odpornego na nadużycia systemu umawiania terminów (tak, żeby czarny rynek przestał być opłacalny), transparentnych kryteriów wszelkich priorytetów (żeby wykaz nie kompromitował idei strategicznych inwestycji), oraz realnego, zewnętrznego bezpiecznika w segmencie wiz krajowych – bo tam, gdzie nie ma sędziego, najłatwiej o uznaniowość. Bez tego „afera bezwizowa” będzie trwała, tylko z nowym logo na drzwiach.
Artykuły z tej kategorii


Brak decyzji w sprawie Karty Pobytu
Czytaj więcej >

Komentarze do wpisu